Mój pierwszy tydzień pracy w agencji webowej. O mamusiu…

29. października 2018, po 6 miesiącach uczenia się programowania, zaczęłam pracę w kanadyjskiej agencji Major Tom jako web project coordinator. Zajrzyj po więcej

moj-pierwszy-tydzien-pracy-w-agencji_Kasia_i_kod_blog_o_uczeniu_sie-robienia-ladnego-internetu_cover_image_for_post

29. października 2018, po 6 miesiącach uczenia się programowania, zaczęłam pracę w agencji webowej (reklamowej? marketingowej? kreatywnej? – może mi powiecie, jakiej, skoro nasze hasło to: “the next iteration of agency” ?).

Chętnie podzielę się z Tobą wspomnieniami pierwszego tygodnia pracy z deweloperami i menadżerami projektów webowych.

Agencja szukała kogoś, kto zajmie się wsparciem front-end i back-end deweloperów, ogarnie współpracę projektową z klientem, przeprowadzi QA testy. Będzie czytał liczby i przygotowywał raporty. 

Jeszcze słówko wprowadzenia o mnie i mojej sytuacji zawodowej. Do IT przeszłam z outsourcingu finansowego, gdzie pracowałam głównie z Excelem. Oraz rozwiązywałam problemy typu “where is my money?” wewnętrznych i zewnętrznych klientów.  Pilnowałam procesów i ciągle z kimś rozmawiałam.

Bardzo to lubię, więc oferta pracy, która kładła nacisk na komunikację, była jakby przygotowana pode mnie.

Dlaczego poszłam do pracy na etat, skoro wiele razy pisałam na blogu o tym, że jestem freelancerem.

Spoko, spoko, to nie rozdwojenie jaźni. Już tłumaczę w podskokach.

Mimo tego, że pracuję w agencji, działam po godzinach (wieczory, weekendy) i robię strony dla klientów. 

Nie, nie jestem konkurencją dla moich pracodawców, bo moi klienci zwykle zaczęli współpracę ze mną przed moim pójściem do agencji.  To są małe firmy, jednoosobowe działalności gospodarcze, organizacje non-profit, albo po prostu zwykli ludzie, którzy nie mają budżetu na zatrudnienie agencji. Ale mają kilka dolarów i chcą mieć stronę. 

I ja im tę stronę zrobię.

Moje stanowisko w agencji jest na pograniczu project managementu, QA testing and web development. Formalnie podlegam pod dział QA & finance – czyli mam świetną okazję wykorzystać to, czego się nauczyłam w korporacji, zanim przeszłam do IT. A jednocześnie uczyć się IT.

Chcę się cały czas uczyć, więc postanowiłam, że przez najbliższy rok spinam poślady i próbuję działać dwutorowo.  A nawet trzytorowo, bo przecież cały czas uczę się programowania.

Jak się nie uda i padnę wyczerpana, to ok. Jak się nie uda, bo nie poświęcę się rozwojowi swojej marki, to ok. Jak się nie nauczę programowania, to też będzie ok.

Wiem, jakie mam cele ogólne (kiedyś je Ci napiszę). Zaczynam i idę drobnymi kroczkami. I ta droga jest dla mnie najważniejsza.

No dobra, koniec tych rozważań i przekonywania głównie samej siebie 😉

Szczegóły i ogóły – mój pierwszy tydzień w agencji webowej.

Pracuję jako web project coordinator i po tygodniu mam jeszcze dość mgliste pojęcie o swoich obowiązkach. To tak na początek.

A teraz czas na różne mity i przekonania dotyczące początków pracy.

  • Pierwszy mit, który mi gdzieś tam się pałętał, to taki, że w agencjach kreatywnych panuje chaos i w ogóle będzie dobrze, jak ktoś się zorientuje, że dzień-dobry-tu-Kasia-to-ja-już-jestem.

 Ten mit upadł z hukiem jeszcze zanim zaczął się mój pierwszy roboczy poniedziałek.

Bo oto tydzień wcześniej dostałam dostęp do swojej firmowej poczty, konto na GSuite, linki do wszystkich ważnych dokumentów HR i zaproszenia na LinkedInie od partnerów i senior managementu.

Upadł mit i opadła mi szczęka.

To było najlepsze pracowe otwarcie, jakie mi się przytrafiło w mojej karierze zawodowej!

Już w piątek wiedziałam dokładnie, co będę robić w poniedziałek, z kim się spotkam, z kim porozmawiam na lunchu.

  • Taka organizacja zrobiła na mnie bardzo dobre wrażenie i sprawiła, że w poniedziałek znacznie mniej się denerwowałam.

Denerwowałam się, bo oczywiście ten wstrętny głosik w mojej głowie mówił: “Kate, ale co ty tutaj w ogóle robisz, przecież z ciebie nie jest jeszcze żaden deweloper, się nie znasz”.

Imposter po całości. Bo musisz wiedzieć, że chociaż w internetach i na zewnątrz jestem wygadana, to mam w sobie bardzo dużo wątpliwości i rzadko się doceniam. 

Miałam wątpliwości, jak zostanie przyjęty mój angielski. Na blogu kanadasienada.pl pisałam o tym, że chociaż znam angielski bardzo dobrze, to jednak mam problem z porozumiewaniem się z Kanadyczykami. Różnice kulturowe robią swoje i dobrze, że już teraz jestem ich świadoma.

Porozumiewanie się po angielsku na Slacku też nie jest rzeczą, którą wyssałam z mlekiem matki 😉 Na szybko przeglądam kanały, żeby wiedzieć, czy rozmowy są bardziej formalne czy bardziej nieformalne. Taki communication research, lekko stresujący, kiedy mam zaczepić kogoś online. 

  • Kolejny mit: skoro to praca w agencji, w środowisku podobnym startupom, to na pewno będzie sporo siedzenia po godzinach i  nieregularne godziny.

A tu proszę, taka miła niespodzianka. W pracy mam tzw. core hours, czyli muszę być pomiędzy 10 rano a 16:00 . Codziennie pracuję 8 godzin, z 30 minutową płatną przerwą (a wiedz, że płatne przerwy nie są w Kanadzie takie oczywiste). Przychodzę pomiędzy 8 a 9 rano, i mogę odebrać chłopaków ze świetlicy dość szybko po szkole.

Mam dużą swobodę w planowaniu czasu. To fajne, bo traktują mnie jak odpowiedzialnego dorosłego.

Z tym traktowaniem wiąże się jeszcze jedno moje błędne przekonanie. O takie:

  • Że skoro to stanowisko pomocnicze, to nic nie będę znaczyć. Bo moja praca polega na byciu kimś pomiędzy deweloperami, designerami, biznesem i klientami.

Że ze mnie nie jest ani świnka, ani morska. Ale nie, okazało się, że zostałam dobrze wyposażona zarówno w dobre słowo, jak i techniczne urządzenia.

Dostałam komputer, dwa ekrany, kilka smartfonów i tabletów do testowania kodu Dostałam zaproszenia na spotkania wszystkich działów. Uczestniczyłam w standupach. 

I usłyszałam kilka razy, że się bardzo cieszą, że dla nich pracuję. Nawet pensję mi przyznali większą, niż powiedziałam początkowo.

Mam poczucię, że coś znaczę.

I wiem, że nie jestem w tym odczuciu osamotniona, bo sporo ludzi pracuje dla tej firmy od kilku lat. A skoro tak, to znaczy, że się czują docenieni.

  • Jakie mam zadania? Na razie wciąż trwa onboarding, czyli słucham dużo prezentacji o wszystkich działach firmy i staram się ogarnąć tzw. bigger picture.

Dostałam małą robótkę w Google sheets i Google slides do przygotowania. Nie były to testy, a raczej odświeżenie i podanie dodatkowych informacji dla klientów, którzy korzystają opieki deweloperskiej nad swoimi stronami.  Wykaz, jaki jest stan ich wtyczek, backupów, ataków na stronę. Takie ogólne podsumowanie.

Komunikujemy się na Slacku, za pomocą emaila, i po prostu rozmawiając ze sobą. Relacje z klientami wyglądają na szczere i zażyłe. 

Czuję, że będę mogła się tutaj sporo nauczyć.

  • No dobrze, a kod? Co z programowaniem?

W tym tygodniu ustawiamy środowisko deweloperskie i testowe. Wiem już, że chcą, abym pomogła trochę przy front endzie, głównie z kodowaniem htmla i cssa. 

Podoba mi się, że jest w biurze coś takiego jak dev power talk. To otwarta dla wszystkich sesja w temacie programowania. Najgorętszy topik ostatnich dni – Gutenberg, ofkors.

Zobaczę, jak to się wszystko potoczy.

  • A teraz polecę tekstem ciocia-dobra-rada, czyli drobnostki, które uprzykszyły mi pierwszy tydzień w pracy, a Tobie nie muszą, bo Cię ciocia Kasia ostrzegła 🙂

Przede wszystkim powrót do źródeł. Przejmowałam się, że moja wiedza o JavaScript czy WordPressie jest niewielka. W pierwszym tygodniu pracy w agencji jednak w ogóle mi to nie przeszkadzało. 

Przeszkadzało mi za to, że zupełnie nie przygotowałam się do pracy na desktopie i klawiaturze. Od dwóch lat pracuję na moim małym laptopie, więc przestawienie się na szybko na inny sprzęt było bolesne. Że już nie wspomnę o pisaniu bezwzrokowo.

Mam dobre pytanie na koniec interview. Oczywiście go nie zadałam. A powinnam: na jakim sprzęcie będę pracować?  Mogłam dowiedzieć się, czy w firmie korzystają z MS Office czy z Google Suit, bo wbrew pozorom Excel różni się bardzo od Google sheet.Wtedy przećwiczyłabym sobie w domu. Przypomniałabym sobie skróty klawiszowe. Takie drobiazgi.

Upewnij się też, że wiesz, gdzie znaleźć strukturę firmy. To sprawi, że nie będziesz na maksa zażenowany pytając po raz kolejny, jak ktoś ma na imię. Mój rekord: nie pamiętać i przedstawić się tej samej osobie 3 razy z rzędu.

Wyślij na koniec tygodnia podsumowanie do swojego bezpośredniego menadżera. A potem daj cynka osobie odpowiedzialnej za stronę firmy, że może chciałaby takie “wyznanie” na bloga firmowego. Od razu dwie osoby zadowolone, że mają jakąś podkładkę.

Tyle początkowych wrażeń. Napisz, jeśli masz pytanie.

I serdeczności!

2 myśli on “Mój pierwszy tydzień pracy w agencji webowej. O mamusiu…”

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *