Moja droga do kodowania. Czyli będę albo nie będę programistką. Na razie jestem SAHMa

moja-droga-do-kodowania_Kasia_i_kod_blog_o_uczeniu_sie-robienia-ladnego-internetu

Mąż dzisiaj nie zdzierżył, zareagował na moje narzekanie, że nic nie umiem, nie potrafię. Zareagował jak mąż, czyli powiedział: weź się zastanów, ile rzeczy potrafisz zrobić dziś, a jeszcze dwa lata temu nie wiedziałaś o ich istnieniu.

I ma, kurcze, rację!

Moja droga od wtedy do dzisiaj jest taka sama, jak wielu programujących. A jednocześnie trochę inna. Wiadomo.

Nie należę do tych, którzy pisali pierwsze programy w Turbo Pascal, bo pierwszy komputer stał w gabinecie taty, a na informatyce w klasie 7, czy 8, miałam MS DOS.

  • Pierwsza styczność z internetem? Skrzynka pocztowa na onecie, którą założył młodszy brat koleżanki.
  • Pierwszy mój raz z Windowsem? Pisanie po nocach gazetki szkolnej w liceum (czyli  w latach 1998-2000). Byłam silnie przekonana, że muszę położyć cukierek czekoladowy na komputerze, aby ten działał szybciej. (Przysięgam, że działał!).
  • Pierwszy laptop na własność? Rok 2005, półroczny wyjazd do Budapesztu, była wymiana sprzętu w zaprzyjaźnionym biurze i dostał mi się stary HP.
  • Pierwszy raz HTML? (że był jakiś CSS to nawet nie wiedziałam, hihi) – 2007 rok, stworzenie statycznej strony dla biura znajomego. Zajęło mi to pół roku (spuśćmy zasłonę milczenia).
  • Do roku 2017 moje jedyne wymagania dotyczące komputera to: ma być mały i lekki. I tak na nim jedynie korzystam z Worda i WordPressa.

To już mniej więcej masz obraz mnie, w latach młodzieńczych, kiedy większość software deweloperów zaczyna i/lub już śmiga w programowaniu.

Ja nie.

Wykształcenie mam humanistyczne, czyli wybierałam studia mając lat 18, w 2000 roku, kierując się jednym pragnienie – chcę mówić w obcym języku, dziwnym języku, nie angielskim i nie niemieckim (bo te języki znałam ze szkoły średniej). Dostałam się na dziwną filologię, którą niektórzy mylą z nauką o głodzie (hehehe, jak wiesz, o jaki język chodzi, napisz w komentarzu).

Studiowałam kilka lat, w międzyczasie pracując na cząstkę etatu w obsłudze klienta.

Miałam epizod z praktykami w dziale testowania oprogramowania. Ha, może zapytasz, czemu nie poszłam w tamtym kierunku w 2008, zanim programowanie stało się modne? Tak wyszło. Nie podobało mi się wtedy na tyle, żeby chcieć zgłębić temat. Teraz trochę żałuję, ale tylko trochę. Jestem mądrzejsza i starsza, i wiem, że nie ma co żałować, tylko trzeba działać.

Pod koniec moich filologicznych studiów urodził się starszy syn, a ja miałam ciekawą rozmowę z ówczesnym szefem firmy rekruterskiej hrk.pl. Powiedział mi wtedy, że fajnie jest znać obcy, ciekawy język, no ale co w nim zrobię, jak go użyję?

Tłumaczem nie będę. Na uczelni nie będę pracować. Nie wyjadę zagranicę.

To kim będę? Jaka przyszłość zawodowa przede mną?

W trzy miesiące po obronie pracy, zapisałam się na podyplomowe studia z finansów i rachunkowości. Myślę, że wtedy miałam podobne przekonania, co do obliczeń i matematyki, jakie dzisiaj wywołuje tekst: jestem humanistką, jak mam się nauczyć programować? Ja miałam: jestem po filologii, jak mam sumować na kontach tetowych? Excel? Łożesz.

Zapisanie się na studia z rachunkowości na Wydziale Ekonomicznym UW było świetnym posunięciem i bardzo się cieszę, że się na nie zdecydowałam.

Kosztowały nieporównywalnie mniej niż dzisiejsze bootcampy programistyczne.

A też były takim trochę punktem startowym dla ludzi szukających dla siebie ścieżki zawodowej różnej od wykonywanej pracy.

Może dlatego dzisiaj nie zastanawiam się, czy warto się przebranżowić, tylko po prostu to robię.

Skoro z typowej humanistki (czyli kogo, tak swoją drogą?!) przeobraziłam się w księgową, to i z księgowej zrobię programistkę.

A co!

Studia ekonomiczne pozwoliły mi też zobaczyć, że nie taka analiza i numery i matematyka straszna. A wręcz przeciwnie, całkiem przyjemna, zwłaszcza jak jej się nada ludzką twarz.

To samo zresztą widzę w programowaniu – dla mnie umiejętność gadania z komputerem jest tylko środkiem do tego, żeby tak na prawdę do człowieka wyjść. Komuś pomóc, życie ułatwić.

Stworzenie strony dla siebie czy dla kogoś przypomina mi rozmowę o potrzebach i emocjach. Być może to wpływ jest blogowania, bo od ponad trzech lat piszę bloga, którego po kawałku zbudowałam całkiem sama, ucząc się, jak z komputerem rozmawiać.

Ktoś mógłby zapytać: dlaczego nie chcę kontynuować pracy w finansach, tyle jest możliwości i pewnie, że ciekawe!

Odpowiedź: teraz jest czas na coś innego, bo plany na życie mam takie, że chce być niezależna. Może nie uda się od razu, może dopiero za kilka lat, a może wcale! Nie szkodzi, jak nie spróbuję, to się nie przekonam.

Zatem próbuję i będzie mi miło, jeśli od czasu do czasu wpadniesz na blog i zobaczysz, jak mi idzie.

Jestem też na Instagramie, gdzie na Insta Stories pokazuję np. swoje biurko i swój laptop, który nie jest sprzętem z najwyższej półki, ale póki co wystarczy. I swoje ulubione kubki do kawy też pokazuję.

No dobra, a co chodzi z tym: jestem SAHMa?

To jest gra słów, troszkę filutek jestem, filutek (pozdro dla fanów Kabaretu Potem!)

SAHM to angielski akronim: stay at home mom, czyli mama niepracująca zawodowo, a zajmująca się domem. Kimś takim właśnie jestem. Już drugi rok. Taka sytuacja, taki wybór ( dlaczego tak się stało, pisałam na kanadyjskim blogu).

SAMHa jestem, czyli sama i to też oznacza, że uczę się kodowania całkiem sama, korzystając z darmowych źródeł wiedzy w internecie. Co jakiś czas trafi mi się okazja uczestniczenia w warsztatach jednodniowych, ale poza tym sama sobie jestem sterem, żeglarzem, okrętem.

Zobaczymy, dokąd mnie ta samodzielna nauka zaprowadzi! Trzymaj kciuki!

A teraz: koniec pisania, powrót do kodowania, hehehe….


Serdeczności i dzięki, że czytasz! A jaka jest Twoja historia?