I get paid! Czyli ja koduję, a ktoś mi płaci. Początki mojego web-frilansu.

Wspominam pierwsze zlecenie na stronę internetową, za którą wzięłam pieniądze. Grubą kasę hehehe. Początki życia na frilansie to tu.

i get paid_początki_życia_na_frilansie_Kasia_i_kod_blog_o_uczeniu_sie-robienia-ladnego-internetu_polish_blog_pos_title

Myślisz, że programowanie jest bolesne? To spróbuj nauczyć się biznesu! 

Mamy nowy rok, część osób zastanawia się nad swoim życiem zawodowym, być może planując karierę w IT. Może chcesz tworzyć strony internetowe?

Fajnie – ten wpis jest dla Ciebie!

Dzisiaj trochę powspominam, jak wyglądało moje pierwsze płatne zlecenie na stronę, od strony finansowej i klienckiej.

Czyli jak początkujący front-end developer i newbie freelancer się zabiera za byznesy.

Od weekendu w sieci śmiga kolejna strona internetowa, nad którą pracowałam po godzinach. To jest mój piąty komercyjny projekt webowy po skończeniu bootcampu w lipcu 2018. Od października 2018 pracuję na etat w agencji, więc większość tych projektów to praca po nocach i w weekendy.

Kiedy zaczynałam pisać  tego posta, był początek sierpnia 2018. Miesiąc wcześniej skończyłam swój Web Development Bootcamp. Trwały wakacje, synowie w domu, a właściwie ze mną w Polsce.

I stało się! Zupełnie byłam nieprzygotowana. Nastąpił ten pierwszy, najtrudniejszy krok na drodze frontendowej zawodowej, czyli pierwsze płatne zlecenie, (bo, że pierwszą komercyjną stronę zrobiłam za ścięcie włosów to już wiesz, c’nie?).

Zlecenie przyszło nie od rodziny, nie od znajomego, a od partnera szkoły-bootcampu, który chciał wdrożyć projekt na produkcję. Pracowałam nad tym projektem wspólnie z innymi studentami, jednak nikt z kolegów nie był zainteresowany wypuszczeniem strony. Mieli wtedy inne zajęcia, albo nie chcieli pracować z WordPressem, bo przecież to nie jest prawdziwe programowanie. 

Ja chciałam i brałam w ciemno to zlecenie. Yay!

Ale co to oznacza dla mnie jako newbie freelancera? Że oprócz nauczenia się kodowania, nauczyć się też muszę business relations.

I uwierz mi, że pomimo iż przed kilku laty właśnie za zespół customer care odpowiadałam w mojej korporacji, i to w temacie wrażliwym, bo finansowym, poczułam się zupełnie nieprzygotowana do rozmów i negocjacji z klientem.

Zanim napiszę o finansach i moim z pewną-taką-nieśmiałością podejściu do pieniędzy, to jeszcze słówko o:

“Zrób mi nowego facebooka, Kate”.Whaaaaa? Jak zarządzać oczekiwaniami klienta?

Klient, nazwijmy go na potrzeby ochrony danych osobowych H., bardzo sympatyczny, przyszedł do naszej szkoły na demo projektu, a potem mieliśmy spotkanie.

I na tym spotkaniu H. mówi: “strona świetna, ile będzie kosztowało dodanie tego i tamtego, zmienienie tego na tamto, wyrzucenie tamtego stamtąd. Bo w ogóle to jest fajnie, ale to nie to”.

No jak to nie to?

To klient miał tyle spotkań z zespołem designerów, grafików, prawie trzy tygodnie dyskusji nad tym, jak ma wyglądać strona, a teraz chce czegoś innego? A strona jest przecież gotowa, wszystkie jej funkcje działają. No to o co chodzi?

Zaczęłam notować uważanie jak leci to, co H. mówił, wtedy nie zastanawiając się nawet, czy to jest wykonalne, czy to jest wskazane. Notowałam w notesie, a potem przepisałam do Google worda.

Nie skomentowałam ani słówkiem, chociaż nawet dla takiego koderskiego nowicjusza, jakim wtedy byłam, niektóre pomysły klienta były z kosmosu. Kiwałam głową, zapisywałam i powiedziałam, że odpowiem w przeciągu dwóch dni, co mogę mu zaproponować. I ile to będzie kosztowało.

To była moja pierwsza rozmowa z klientem, który da mi zlecenie na stronę. Mój pierwszy kick off meeting? Chyba….

Taka pierwsza poważna dyskusja, bo przecież klient miał mi zapłacić za projekt.

Spotkanie nauczyło mnie, żeby nie od razu odpowiadać na propozycję współpracy entuzjastycznym “tak! zrobię to! będzie świetnie!”, zanim na chłodno nie przeanalizuję, uwaga, będzie korpomowa, scope projektu.

Muszę spisać wymagania, odłożyć je na chwilę, popytać bardziej doświadczonych, wrócić do wymagań, skomentować i dopiero za dwa dni dać odpowiedź klientowi. Nie musisz się tak kurczowo tych dwóch dni trzymać – dla większych projektów czas na przygotowanie planu i wymagań technicznych może być dłuższy (ale tydzień to już przesada imho).

Kogo zapytałam, jak zabrać się za wycenianie strony internetowej i … jak ją zrobić?

Najpierw poradziłam się swoich nauczycieli na bootcampie – w końcu są doświadczonymi deweloperami, niektórzy z nich również działali jako wolni strzelcy webowi (hihihi), więc kto, jak nie oni?

Skomentowali, że takie wymagania klienta, to jest projekt na duży budżet, realizowany w agencji, przy udziale kilku deweloperów. I że oni by się na moim miejscu tego nie podjęli. 

Później poradziłam się swojego osobistego męża. Który z WordPressem nie ma nic wspólnego, ale umie programować. I Kuba mówi: “bierz to, co możemy zrobić, ja ci pomogę, wyceń to i zapropnuj”.

Na co ja sobie myślę, “oj, to ja umiem zakodować może z 30% tego, co klient chce”. A do 70% nie mam nawet pomysłu i wiedzy, jak H. doradzić.

No i tym sposobem, trochę krakowskim targiem, zaproponowałam H. trzy rozwiązania – modele naszej przyszłej współpracy: bardzo tanie, ze środkowej półki oraz na tzw. “wypasie” (łączące się z zatrudnieniem devów – podwykonawców ).

Klient wybrał rozwiązanie pomiędzy. Nie wiem, czym się kierował. Wtedy cieszyłam się, że nie wybrał rozwiązania najdroższego, bo szczerze powiedziawszy miałam jedynie mgliste pojęcie o tym, jak bym taki projekt “ala facebook” zrealizowałam.

Client workflow 1.0 czyli próba stworzenia procesu pracy z klientem na stroną internetową.

Utworzyłam katalog na Gdrive, niemając jeszcze wtedy firmowego konta, ani nawet adresu emailowego (a dzisiaj mam, o taki: hi@katejeziorska.com). Portfolio wtedy też nie miałam.

W tym katalogu otworzyłam dokument Google Sheet, który bez wielkich mecyi nazwałam “Client – scope of work”. W tym dokumencie, w pierwszej zakładce, spisałam wszystko ze spotkania i nazwałam roboczo: “Brain dump”.

W następnych zakładkach wpisałam w tabelce kilka kolumn: “to-do”, “dev’s comments” (czyli słówko ode mnie), “client’s comments”(czyli co klient myśli). Dodałam jeszcze kolumnę: “time estimation” (czyli ile godzin przewiduję, że mi coś zajmie), jaki jest status zadania (not started – ongoing – closed), “time spent” (czyli ile godzin wyszło).

Wtedy nie przejmowałam się tak bardzo czasem, jaki mi przyjdzie spędzić nad projektem, bo:

  • byłam bezrobotna i dzięki temu miałam elastyczny czas pracy 😉
  • od początku podałam H. cenę za całość procesu. Ta kwota była bardzo niska, stanowiła 1/3 tego, co dzisiaj bym wzięła za taką stronę.

Zaproponowałam też, że po skończony projekcie, każdą zmianę (roboczo nazwaną przeze mnie: change request) będę rozliczać godzinowo (stawkę godzinową miałam 3 razy mniejszą niż normalna stawka agencji).

O jeśli o zapłacie mowa – wyzwaniem dla mnie było również stworzenie umowy oraz wystawienie faktury. Mieszkam w Kanadzie i jestem tutejszym rezydentem podatkowym. Klient jest Kanadyjczykiem, który potrzebuje solidnych papierów, bo będzie mi płacił z konta nieosobistego.

Wiem, że do pewnej kwoty nie muszę rejestrować działalności w Vancouver, więc po prostu wyguglałam: “Canadian web development contract samples”, znalazłam jakiś w miarę czytelny, i przerobiłam go dodając swoje dane.

Umowa okazała się być czymś innym niż opis zadań, ale na początku tego nie wiedziałam. Zastanawiałam się, co w niej zawrzeć, jak szczegółowo opisywać swoje czynności. Gdzieś tam w głowie wirowały mi korposłowa w stylu SLA (standard level agreement) czy project proposal. Wciąż pracuję nad takim dokumentem i do tej pory przy każdym projekcie wygląda on trochę inaczej. Ale jak już wypracuję sobie standard, chętnie się z Wami podzielę.

Niestety, za późno przyszła refleksja, że podałam stawkę godzinową bez zaznaczenia, że to kwota netto. Więc przyjdzie mi od tego odprowadzić podatek i kluska, “na rękę” zostanie jeszcze mniej. Dobrze, że chociaż zaliczkę wzięłam. Możliwe, że lepiej brać zadatek, chociaż to bardziej boli, kiedy jednak współpraca się nie ułoży. #ciąglesięuczę

Na początku frilanserki dawała mi się też we znaki komunikacja emailowa i jak ją ogarnąć. Wiem, że niektórzy wykonawcy korzystają z Asany do zarządzania projektami, a wtedy wymiana emaili idzie także przez Asanę.

Sama lubię Trello do moich projektów, ale jeszcze nie wymyśliłam, jak komunikować się za jego pomocą z klientem. Na razie wciąż jeszcze przesyłam emaile w te i z powrotem, kopując co ważniejsze informacje do Trello / Google Sheet.

To najważniejsze elementy, które pamiętam z tej pierwszej współpracy. Taki był początek mojego web-frilansu.

Nie będę ściemniać – bałam się. Nie lękałam się, że nie udźwignę kodowania, tylko przerażał mnie ogrom prac okołodeweloperskich. Od czego zacząć, z czym to się je.

Z lekkim obłędem w oczach przeglądałam tutoriale, filmiki na youtubie, także w stylu “wznieś swój WPbiznes na wyższy poziom”. Jaki poziom, myślałam, przecież ja tutaj z dołu drabiny zaczynam, jeszcze nie postawiłam pierwszego kroku, a tutaj już trzeba odpowiedzialnie pokazać, że jest się na szczycie.

Dzisiaj działam już inaczej, i nie wątpię, że cały czas mój model współpracy będzie się zmieniał. Przy ostatnim projekcie poproszono mnie na przykład o rodzaj stałej opieki nad stroną, w formie abonamentu – miesięcznej płatności – więc i ten model muszę przeanalizować.

Za jakiś czas napiszę więcej o tym, jak idzie mi robienie stron internetowych po godzinach i chętnie posłucham, jak to wygląda u Ciebie – działasz w ten sposób?

Tymczasem serdeczności!